Parę słów: przed IV meczem
4 maj, 2008

Uruchamiamy serię krótkiej publicystyki pt. “parę słów”. Gdy coś ciekawego w koszykarskim światku ma się wydarzyć, bądź się wydarzyło, w tytułowych paru słowach to skomentujemy. Ważne też, że wspomniane komentarze będą stricte subiektywne. Dziś trochę na temat IV meczu Śląska z Turowem - czy tutaj ktokolwiek może być czegokolwiek pewnym?
Osobiście za faworyta tegorocznych rozgrywek DBE stawiałem Turów Zgorzelec. Zresztą tak, jak i rok temu. Powody są banalne i oczywiste:
* solidny trener
* zgrany zespół z zeszłego roku
* najlepszy zawodnik zeszłego roku - Thomas Kelati (obok Donatasa Slaniny) ze strzelcem na poziomie Euroligi - Davidem Loganem
* najsilniejsza grupa Polaków w lidze (ewentualnie nieco gorsza od anwilowskiej)
* brak godnego siebie rywala
O ile w zeszłym roku wydawało mi się, że porażka zgorzelczan w finale to wynik indywidualnych umiejętności kilku zawodników sopockich i zbyt duże uzależnienie Turowa od Kelatiego, o tyle w tym sezonie rozpływałem się na myśl o potyczce wicemistrzów z mistrzami Polski. Wzmocnieni Loganem, z lepszymi Polakami, stanowiący świetnie zasklepiony kolektyw zgorzelczanie mieli być lekarstwem na polską chorobę “mistrz Prokom”. Daleki byłem od kibicowania Turowowi ze względów geograficznych. Miałem (i mam) dość mistrza, który został słusznie i szczerze opisany przez jednego z gości magazynu “Dogrywka”, jako “zbieranina”. Ale do sedna - Turów jawił mi się przez ostatnie kilka miesięcy, jako ekipa bez wad. Teraz mogę tylko śmiać się z własnej ślepoty.
Po dwóch ostatnich meczach Śląska ze Stalą wiele mówiło się w mediach o naszej sile podkoszowej. Dotychczas dla mnie i dla wielu innych było to niezauważalne. Homan był usosobieniem definicji “chimeryczny zawodnik”, Stević grał cały sezon równo, ale to zawodnik efektywny-nieefektowny, a więc trudno było dostrzec w nim wielką wartość, Tomczyk to niski skrzydłowy, który musi grać na pozycji silnego skrzydłowego, co w związku z jego dojrzałym wiekiem i fatalnym stanem kolan mogło przekładać się tylko na “parę punktów w meczu”, a Mróz przyjechał do nas ze Szwecji, jako zapchajdziura po kontuzjowanym Hyżym i spodziewano się po nim niewiele więcej, niż oferował przed swoją emigracją. Okazało się, że gdy ktoś umie się dobrze “posługiwać” tą czwórką, to w lidze może ich zatrzymać chyba tylko Prokom. W związku z tą wrocławską zaletą, która wypłynęła na powierzchnię po ćwierćfinałach, warto było zastanowić się, jaką odpowiedź może na nią mieć Turów. Otóż specjalnie odpowiedzi nie ma. Dlatego mit “niezniszczalny Turów” umarł w moich oczach śmiercią nagłą. Można się spierać, że w zasadzie na deskach centymetrów im nie brakuje, bo tylko Paweł Mróz odstaje wzrostem od ekipy Drobnjak, Ljubotina, Witka, Scekić. Jednak ich pierwszopiątkowy środkowy, Drobnjak królem zbiórek nie jest (śr. 4,4 w 24 minuty), a w walkę o piłkę już bardziej angażuje się Witka (śr. 4,8 w 25 minut). Łącznie więc notują 9,2 zbiórki na mecz. Homan i Stević, w których upatrywana jest największea siła podkoszowa Śląska, średnio notują razem 12,4 zbiórki na mecz, spędzając na boisku praktycznie tyle samo czasu, co zgorzeleccy rywale. Różnica o ponad 3 zbiórki - to dużo.
Na tablicach więc niżej rozstawieni półfinaliści wydają się być lepsi i trochę zacząłem się bać o…wicemistrzów Polski. Dopinguję wrocławian, co jest naturalnym odruchem, jednak czy przy takiej słabości da się ograć Prokom, gdzie pod koszem czają się Stanojević, Masiulis, Dylewicz, Sow? Skoro bardzo słaby w tym roku Śląsk może zgorzelecką pozycję zagrozić odpowiedź sama przychodzi na język. Nastawiałem się na szybką eliminację Trójkolorowych w półfinale, lecz im bliżej był ten etap play-off, tym bardziej wierzyłem, że ekipę Kurtinaitisa stać na awans do finału. Śląsk pierwszy raz dał kłam wszechogarniającym przekonaniom, że Turów może zastopować tylko Prokom w Pucharze Polski. Nowy prezes klubu z przygranicznego miasteczka, Piotr Waśniewski, stawiał sobie za cel zdobycie pucharu, a więc niemal wszyscy byli pewni, że Czarno-Zieloni rozbiją WKS w drobny pył. Tymczasem wysocy zawodnicy z Wrocławia zagrali na swoim poziomie i osłabiony absencją kilku zawodników i chorobą Atkinsa Śląsk pokonał murowanych faworytów. Co się wtedy stało? Kelati nie zdobył żadnego punktu i chyba posypała się cała myśl taktyczna trenera Saso Filipovskiego. Broń Boże zgorzelczanie tego pojedynku nie odpuścili, o czym świadczy 40 minut Davida Logana i niemal cały mecz Drobnjaka na boisku. Zrobiło się dziwnie - tutaj nie miało prawa być niespodzianki, bo sponsorowany przez firmę ochroniarską zespół, koszykówki nadzwyczajnej nie gra. Potem Turów przegrał w pucharze ULEB i niektórzy szeptali już, że po zmianie prezesa w zespole wicemistrzów Polski tzw. “chemia” znacznie się pogorszyła.
Ale wnet wróciła bajkowa atmosfera. Turów jako jedyna drużyna w ćwierćfinałach pokonuje swojego przeciwnika 3:0. Osłabiona brakiem Logana, a potem również Witki szybko uporała się z Kotwicą Kołobrzeg. Śląsk w tym czasie zaczyna grać coraz lepiej, wszyscy chwalą Stevicia i Homana i nastroje w obozach obu półfinalistów są (nieoficjalnie) szampańskie, bo przecież powodów do smutku i zadumy nie ma. Wrocławianie przyjeżdżają do Centrum Sportu na Maratońską aby rozegrać mecz numer 1. Śląsk niby trochę powalczył, ale tak naprawdę dostał solidne bęcki od rywala, a przy tym najgorzej spisuje się na tablicach(!). Homan tłumaczy, że ma kilka drobnych urazów i dlatego poszło tak słabo. Wrocławscy kibice zaczynają godzić się z tym, że na Turów zespół mają za słaby. Dwa dni później Stević na zbiórce grał fantastycznie i zgorzelczanie pomimo niezłej postawy ponieśli porażkę. Ponadto, wydawało się, że Wojskowych stać na dużo więcej. Giedraitis wrócił do Wrocławia leczyć uraz, Homan niewiele czasu spędził na parkiecie z uwagi na problemy ze zdrowiem, a Martin dopiero wraca do swojej formy. W stolicy Dolnego Śląska aż duszno było od ekscytacji przed III meczem. Pojedynek zaczął się od niesamowitej obrony, ale skuteczniejsi byli gospodarze, co daje im prowadzenie 9:0. Później goście zaczęli gonić, wykorzystując lekkie rozproszenie we wrocławskich szeregach, ale i tak na start drugiej połowy Śląsk miał 13 punktów przewagi i nic nie wskazywało na to, że coś się w tej materii zmieni (chyba, że przewaga wzrośnie). Obie ekipy świetnie broniły, przy czym wrocławska defensywa była iście niezwykła - znakomicie przesuwali się po obwodzie, a goście mogli tylko próbować rozrzucić ją szybkimi podaniami. Nagle Turowowi wpadła “trójka”, ale na nikim nie zrobiło to wrażenia. Potem wpadła im seria rzutów, a Wojskowi zaczęli błądzić po boisku jak we mgle. Śląsk przegrał, bo wystraszeni nie byli w stanie przemóc swojej nieskuteczności, a wyżej opisywana podkoszowa siła została wykorzystana może zaledwie w trzeciej części.
Czy ktoś jest w stanie powiedzieć, co będzie w kolejnym meczu? Chciałoby się rzec, że to rywalizacja drużyn, które będą zwyciężać na zmianę i pojedynek rozstrzygnie się dopiero w VII meczu. Ale nie da się tego przewidzieć. Śląsk ma szansę przejść naprawdę silną drużynę, ale musi cały czas wykorzystywać swoje atuty, a trener Kurtinaitis sprawia wrażenie człowieka, który się w tym wszystkim zaczyna gubić. Z kolei Filipovski ucieka od głębszych rezerw, gra wąskim składem i liczy na swoich liderów, co czasami zawodzi. I jaki wynik w tej rywalizacji nie padnie, chyba żaden z półfinalistów nie jest w stanie pokonać sopockiego krezusa. To właśnie wydaje się być najgorsze.
Tekst: Filip Stańczyk, slaskpress.wordpress.com
Entry Filed under: Publicystyka. Tagi: asco, basket, basketball, hala, informacje, inne, IV mecz, komentarze, koszykowka, Newsy, orbita, pare słów, półfinał, pge, pojedynek, przemyślenia, Publicystyka, sport, turów, turów zgorzelec, wiadomości, wrocław, zapowiedź, zgorzelec, śląsk, śląsk wrocław.
2 Comments Add your own
Leave a Comment
Some HTML allowed:
<a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>
Trackback this post | Subscribe to the comments via RSS Feed



1.
Lynn | 4 maj, 2008 at 2:17 pm
Pare słów?? Cholera…
Jak znajde czas, to przeczytam :D
2.
Fan | 4 maj, 2008 at 9:51 pm
Naprawde fajnie się ten artykuł czyta. I niestety muszę się zgodzić z tezą przedstawioną przez autora. Wygląda na to, że w serii z Prokomem nikt nie wygra…